W Essaouirze życie żydowskiej kobiety można było odczytać z jej stroju — mężatka czy nie, święto czy zwykły wtorek, codzienna chusta czy złota suknia ślubna złożona w domu. Prawie nic z tego, co nosiła, nie przetrwało — podobnie jak ulice, po których chodziła.
Życie żydowskiej kobiety można było odczytać z jej stroju. W mellahu Essaouiry ubiór mówił, czy jest mężatką, jaki jest dzień w kalendarzu i mniej więcej, na co stać jej rodzinę. Był to język, który umiał czytać każdy w dzielnicy, a z użycia przetrwało z niego niemal nic.
Na co dzień ten język był prosty. Codzienny strój kobiety z mellahu składał się z kilku elementów: baty, koszulki noszonej na gołym ciele; sayi, długiej, marszczonej spódnicy; oraz wełnianego szala, pagnuelo, otulanego szczelnie przed atlantyckim wiatrem, który nigdy właściwie nie opuszcza tego wybrzeża. Na długą suknię wiele kobiet zakładało otwarty z przodu kaftan, spinany szerokim, zdobionym pasem. Na ulicy żydowska kobieta i jej muzułmańska sąsiadka były ubrane bardziej podobnie niż różnie — często ta sama tkanina od tych samych tkaczy, ten sam krój sprzedawany na tych samych sukach. Tym, co je odróżniało, rzadko była tkanina.
To głowa niosła różnicę. Prawo żydowskie nakazuje mężatce zakrywać włosy od dnia ślubu, a w mellahu ta zasada była widoczna na każdej dorosłej kobiecie na ulicy. Sama chusta — jedwabna sebniya — bywała tą samą, którą nosiły miejskie muzułmanki; inny był powód. Pod spodem i wokół niej nakrycie mogło stawać się rozbudowane: włosy spięte wełną, jedwabiem, a nawet sierścią kozy i piórami strusia, a w dni świąteczne wieńczone chustami, diademem lub kutym srebrem. W miastach na północy zakryta głowa stawała się niemal architekturą — rusztowaniem ze spiętej tkaniny i sztucznych warkoczy, które mężatka odbudowywała każdego ranka; na wybrzeżu było prościej, ale zasada obowiązywała ta sama. Głowa kobiety ogłaszała, że jest mężatką, zanim jej twarz zdążyła powiedzieć cokolwiek innego.
Srebro, które dopełniało ten obraz, najczęściej wykonywała ta sama społeczność, która je nosiła. Do połowy XX wieku metaloplastyka w Maroku była niemal wyłącznie żydowskim rzemiosłem — żydowscy złotnicy obsługiwali zarówno żydowskich, jak i muzułmańskich klientów, łącząc marokańskie wzory geometryczne z własnymi symbolami: gwiazdą Dawida i otwartą dłonią hamsy. Biżuteria panny młodej była przenośnym majątkiem, zanim stała się ozdobą: wchodziła w skład posagu i liczono ją jak monetę, a często była dziełem złotnika mieszkającego kilka domów od jej ojca. Dzielnica nosiła srebro, które sama wytwarzała.
Niektóre przedmioty miały własne nazwy i własną geografię. Wielki naszyjnik ze złotych blaszek i drobnych pereł — labba — spoczywał na szyi zamożnej panny młodej w miastach na północy, noszony zarówno przez muzułmanki, jak i Żydówki. Rodziny znad wybrzeża, dalej od dawnych ośrodków andaluzyjskich, skłaniały się ku lżejszym, prostszym wersjom tego samego wzornictwa. To, co kobieta spinała w talii i zawieszała na szyi, było — w społeczności, która pewnego dnia mogła musieć wyjechać bez uprzedzenia — majątkiem, który mogła wynieść przez bramę.
W społeczności, która mogła musieć wyjechać bez uprzedzenia, to, co kobieta nosiła, było też tym, co mogła zabrać ze sobą.
A potem, na samym szczycie tej skali, był jeden strój, na który rodzina odkładała pieniądze przez lata, żeby go zamówić: keswa el-kbira, wielka suknia, la grande robe. Jej rodowód sięga piętnastowiecznej Hiszpanii, do mody dworskiej, którą Żydzi sefardyjscy przenieśli przez Cieśninę Gibraltarską po wygnaniu 1492 roku, po czym ta moda w gruncie rzeczy przestała się rozwijać. Każda z jej części zachowała nazwę, a kilka z nich zachowało hiszpańskie brzmienie: zeltita, owijana aksamitna spódnica, od hiszpańskiego giraldeta; ktef — „ramiona” — sztywny napierśnik ciężki od złota; szerokie rękawy z przejrzystego muślinu; i hzam, długi pas z jedwabiu przetykanego złotem, owijany kilkakrotnie wokół talii. Miasta w głębi lądu wolały aksamit w zieleni i błękicie. Na wybrzeżu — także w Essaouirze — był to kolor czerwieni granatu.
Podczas gdy moda europejska przeszła przez cztery stulecia zmieniających się sylwetek, la grande robe pozostała hiszpańską suknią z XV wieku — językiem na wygnaniu, który zachował słowa, jakie ojczyzna już porzuciła.
Nawet złoto dało się odczytać. Dwadzieścia dwa plecione galony biegły w dół spódnicy, po jednym na każdą literę alfabetu hebrajskiego, wplecione między drzewo życia a szerokie zawijasy oznaczające bieg lat. Haft wyszywano ręcznie złotą nicią — terz d-es-sqalli — powolną, precyzyjną pracą. Ojciec zamawiał tę suknię dla córki; nosiła ją po raz pierwszy w noc henny — lilt el-henna, wieczór przed ślubem, gdy schodziły się kobiety z obu rodzin, a dłonie panny młodej były malowane — a potem przy oficjalnych okazjach do końca życia. Był to jedyny przedmiot, dzięki któremu zwykły dom stawał się, na jeden wieczór, równy hiszpańskiej rodzinie królewskiej. Często przeżywał ten wieczór w rodzinie: la grande robe przekazywano dalej, przerabiano i noszono ponownie — jako stały punkt, do którego kolejno dopasowywano córki i wnuczki.
To, co ją zakończyło, nie było jednym wydarzeniem, lecz zmianą kierunku. Od 1862 roku Alliance Israélite Universelle otwierała francuskojęzyczne szkoły w całym Maroku, a w ciągu dwóch pokoleń wykształcony przez nią miejski świat żydowski zwrócił się ku Europie — jej książkom, językowi i strojom. Codzienny tradycyjny ubiór odszedł pierwszy; kobiety w Casablance i Essaouirze nosiły europejską modę na długo przed wyjazdem społeczności. Keswa utrzymała się najdłużej, bo przestała być ubraniem, a stała się ceremonią — suknią, w której się wychodziło za mąż, a nie taką, w której się żyło na co dzień.
Potem rozpadła się sama społeczność. Przez lata 50. i 60. XX wieku Żydzi z Essaouiry emigrowali — do Izraela, Francji i Kanady — a warsztaty, które szyły suknie i wykuwały srebro, straciły klientów, którzy je zamawiali. Rzemiosło nie tyle zanikło, ile zabrakło mu świata do obsługi. Codzienne baty i saye zdzierały się i były wyrzucane, tak jak zawsze dzieje się z codziennym ubraniem. Grande robe były zbyt ciężkie i zbyt osobliwe, by je wyrzucić, więc przetrwały: za szybami muzeów w Izraelu, Maroku i Francji, złożone w kufrach w Aszdodzie i Montrealu, a ostatnio — kopiowane i sprzedawane w internecie kupującym, którzy w większości nie potrafią odczytać dwudziestu dwóch liter, które liczyło złoto.
Ubrania przetrwały dłużej niż ulice, na których je noszono. Suknię łatwiej jest zachować niż dzielnicę. Co znaczy zatrzymać jedno bez drugiego — na to pytanie tkanina nie potrafi odpowiedzieć. Może być tylko ciężka, złota i pochodzić z miejsca, w którym jej właścicielka już nie mieszka.