Muzułmańska rodzina z Essaouiry opiekuje się żydowskim cmentarzem od ponad stu lat — nie z dyplomacji, lecz jako zwykły obowiązek. Pochówki sięgają 1776 roku. Rodzina wciąż tu jest.
Malika Idarouz zna większość grobów po imieniu. Jej babcia też je znała. Najstarsze sięgają 1776 roku.
Żydowski cmentarz na północnym skraju mediny w Essaouirze mieści szczątki społeczności, która uczyniła to miasto jednym z najpotężniejszych pod względem handlowym portów na atlantyckim wybrzeżu Afryki. Gdy ta społeczność wyemigrowała — większość w latach 50. i 60. XX wieku, do Izraela, Francji i Kanady — pozostawiła cmentarz za sobą. Bez fundacji, bez instytucji, bez formalnych ustaleń.
Rodzina Idarouz została. Trzy pokolenia dbały o groby, oczyszczały ścieżki i pilnowały bram.
Niezależnie od tego, co dzieje się na świecie, muzułmanie zawsze będą troszczyć się o żydowskie cmentarze Maroka.
Malika Idarouz
Powiedziała to nie jako deklarację polityczną. Powiedziała to jako stwierdzenie faktu — tak, jak opisuje się rodzinny obowiązek, który po prostu zawsze tam był.
Każdego roku między tysiąc pięćset a dwa tysiące osób przyjeżdża do Essaouiry na hilulę rabina Chaima Pinto — najważniejszej postaci duchowej w historii społeczności. Wielu przyjeżdża właśnie na ten cmentarz. Niektórzy są potomkami pochowanych tu rodzin. Większość urodziła się już po emigracjach, w krajach, do których ich dziadkowie przenieśli się, zanim oni się urodzili.
To, co zastają, to cmentarz, o który ktoś dbał. Pytanie, dlaczego — kto zdecydował, kiedy i czy to się utrzyma — nie jest pytaniem, na które groby mogą odpowiedzieć.